Wpisy

Zespół Acany Orła U18 rozpoczyna udział w finałach Młodzieżowych Mistrzostw Polski. Czy zawodnicy Jarosława Patałucha sprostają turniejowym wymaganiom i zaprezentują się z dobrej strony w Warszawie?

Po przejściu dwóch rund eliminacyjncych nadszedł czas na wielki finał. Młode Orły rozpoczynają dziś walkę o triumf w Młodzieżowych Mistrzostwach Polski U18. I choć zawodnicy Jarosława Patałucha nie są faworytami całego turnieju, to w końcu nic tak nie dodaje emocji całej rywalizacji, jak czarny koń turnieju.

Z tego też względu przed naszym zespołem nie ma postawionego celu minimum.

– Nauczyłem się nie stawiać sobie, czy też drużynie planów minimum. Takie podejście powoduje, że zawodnicy skupiają się na nim i po osiągnięciu go uważają, że wykonali już zakładany cel. Uważam, że lepszym podejściem jest stawianie sobie za cel tego najwyższego, bo tylko w taki sposób można ukształtować charakter zwycięzcy. Zawodnik, aby wspiąć się na szczyt musi w każdym aspekcie dążyć do doskonałości, czyli chcieć również wygrywać. Mam tu na myśli, zwycięstwo na treningu w każdej walce o piłkę, w każdym wykonywanym ćwiczeniu, więc i naturalnie w Mistrzostwach Polski trzeba mieć do tego ambicję. Oczywiście zdaję sobie sprawę z poziomu trudności tego zadania. Dopiero po finałach będziemy mogli odpowiedzieć sobie na pytanie czy zagraliśmy na miarę swoich możliwości i czy osiągnęliśmy sukces. Dla jednych sukces to już gra w finałach, dla innych wyjście z grupy, a jeszcze dla innych będzie to złoty medal na szyi – mówi trener Jarosław Patałuch.

Nasza drużyna nie będzie mieć łatwej drogi do fazy pucharowej, ale też nie jest skazana na pożarcie. Jak zauważa nasz szkoleniowiec, trudno wskazać zdecydowanego faworyta.

– Szczerze mówiąc trudno mi oceniać naszych rywali, bo też nie miałem możliwości zobaczenia ich w akcji. Na pewno na papierze ta grupa nie ma zdecydowanego faworyta. Oczywiście wyróżnia się zaprawiony w finałach MMP Hurtap Łeczyca, ale według mnie to będzie bardzo wyrównana grupa. Każda z tych drużyn przeszła dwa szczeble eliminacji, więc nie są to zespoły z przypadku.

O to, o co z pewnością nie powinniśmy się martwić, to przygotowanie do turnieju. W tych pomagał sam szkoleniowiec pierwszego zespołu – Jesus Lopez.

– Dzięki udziałowi w zeszłorocznych finałach i zdobytemu doświadczeniu wiem z jakimi problemami możemy się spotkać, dlatego też pracowaliśmy nad ich wyeliminowaniem. Dzięki zaangażowaniu się w nasze treningi mojego przyjaciela i mentora, czyli trenera pierwszej drużyny „Chusa” intensywność oraz jakość treningów w ostatnim czasie poszła zdecydowanie w górę. Widać także, że charyzma „Chusa” pozytywnie wpłynęła na podejście tych młodych chłopaków do futsalu. Kilku z nich miało już przyjemność potrenować z seniorami, a jeden nawet zadebiutował na parkietach Futsal Ekstraklasy – zakończył trener Patałuch.

Pierwszy mecz naszych Ołrów już dziś o godzinie 13.00. Rywalem będzie młody zespół I-ligowego GKS-u Futsal Nowiny.

Terminarz Orłów:
piątek, 21.02 godz. 13.00 GKS Futsal Nowiny – Acana Orzeł Jelcz-Laskowice
sobota, 22.02 godz. 9.20 Junior Hurtap Łęczyca – Acana Orzeł Jelcz-Laskowice
sobota, 22.02 godz. 15.10 Acana Orzeł Jelcz-Laskowice – Pogoń Sokół Lubaczów

Kadra Acany Orła na MMP U18:
Bartłomiej Sliwiński (bramkarz)
Dominik Górski (bramkarz)
Kacper Sykulski (kapitan)
Kamil Pach
Filip Turkowyd
Kacper Opatowski
Dominik Chruściel
Tomasz Wroński
Kamil Gajek
Stefan Jagoszewski

Acana Orzeł idzie w górę. Jelczanie nie dali szans Gwieździe Ruda Śląska, pokonując ją aż 6:1. Dzięki temu drużyna Jesusa Lopeza awansowała na 5. miejsce w tabeli Futsal Ekstraklasy.

Ponad miesiąc musieli czekać kibice Acany Orła, aby zobaczyć swoich idoli w Centrum Sportu i Rekreacji Jelcz-Laskowice. Naprzeciwko graczy Jesusa Lopeza stanęła ostatnia drużyna Futsal Ekstraklasy – Gwiazda Ruda Śląska. I choć przyjezdni z pewnością liczyli na ponowne sprawienie niespodzianki, tak jak to miało miejsce na początku sezonu, to powtórki ze scenariusza nie było.

Już w 35. sekundzie Patryka Lawacza pokonał Arkadiusz Szypczyński, dzięki czemu gospodarze mogli spokojnie kreować kolejne sytuacje. Tych nie zabrakło, a okazje do zdobycia bramki mieli chociażby Maksym Pautaik, Mykola Morozov oraz Janis Pastars.

Na 2:0 podwyższył ostatecznie Gustavo Henrique, dla którego jest to już kolejne w tym sezonie trafienie zza pola karnego. Brazylijczyk z austriackim paszportem podobną bramkę zaliczył m.in. w spotkaniu z Piastem Gliwice, kiedy to Acana Orzeł zremisował 1:1.

Przed przerwą jelczanie zdążyli jeszcze raz ukłuć rywali, kiedy to podanie Marcina Firańczyka wykorzystał Pastars. I mimo korzystnego wyniku, apetyty na drugą połowę były o wiele większe, bo też trzybramkowe prowadzenie było zdecydowanie najmniejszym wymiarem kary, jaki Orły mogły wymierzyć przeciwnikowi.

Po zmianie stron, co mogło lekko zaskoczyć, wynik utrzymywał się aż jedenaście minut. Jelczanie cały czas naciskali na defensywę Gwiazdy, ale albo dobrze interweniował Lawacz, albo obrońcy zbijali piłkę poza światło bramki. Przełamać udało się dopiero Firańczykowi. Kiedy jednak były zawodnik MOKS-u Białystok już to zrobił, to na jednym trafieniu nie poprzestał.

Jego dwie szybko zdobyte bramki pozwoliły szkoleniowcowi Orłów na większą rotację w składzie. Szansę w dłuższym wymiarze czasowym dostali chociażby młodzi Damian Makowski oraz Filip Turkowyd.

– Występ Damiana Makowskiego oraz Filipa Turkowyda oceniłbym jak najbardziej na plus. Każdy z nas pamięta swój debiut i te występy wcale nie różniły się jakoś dużo. Było widać lekką nerwowość, ale takie są początki i fajnie, że mają to już za sobą – ocenił Maciej Foltyn.

Ostatecznie wynik uległ zmianie jeszcze dwukrotnie. Najpierw na 6:0 podwyższył Pautiak, dla którego było to piąte trafienie w tym sezonie. Ostatni akcent spotkania należał jednak do gości, a konkretnie do Mateusza Węgrzyna, dzięki czemu przyjezdni mogli się cieszyć z trafienia honorowego.

– Planem było przede wszystkim zwycięstwo i najważniejsze jest to, że w końcu udało nam się zdobyć trzy punkty. Cieszy nas styl w jakim to zrobiliśmy, bowiem przeciwnicy nie mieli tego dnia żadnych argumentów, aby nam zagrozić – stwierdził golkiper Acany Orła.

Dzięki zwycięstwu Orły wyprzedziły FC KJ Toruń i awansowały na 5. miejsce w ligowej tabeli. Do drugiego Clearexu Chorzów, z którym jelczanie zmierzą się już za dwa tygodnie strata wynosi dwa oczka.

Do Chorzowa jedziemy jak najbardziej po zwycięstwo. Nie szukamy żadnych wymówek. Chcemy się postawić wiceliderowi i przeskoczyć ich tym samym w ligowej tabeli – zakończył kapitan zespołu.

Acana Orzeł Jelcz-Laskowice – Gwiazda Ruda Śląska 6:1 (3:0)
Arkadiusz Szypczyński 1′, Gustavo Henrique 8′, Janis Pastars 14′, Marcin Firańczyk 31′, 33′, Maksym Pautiak 35′ – Mateusz Węgrzyn 38′.

Acana Orzeł: Foltyn (Charrier) – Morozov, Kędra, Pautiak, Szypczyński – Firańczyk, Pastars, Henrique, Makowski, Turkowyd, Pach.

Gwiazda: Waszka (Lawacz, Sobecko) – Dynek, Hiszpański, Białek, Haase – Hyży, Węgrzyn, Wojciuch, Duda, Widuch, Szaraniec.

Najbliższa seria gier będzie stać nie tylko pod znakiem starcia lidera z wiceliderem. To w ten weekend może bowiem dojść do wyraźnego podziału tabeli na dwie połówki, ale także do nieoficjalnego pożegnania dwóch zespołów z Futsal Ekstraklasą.

Poza spotkaniem Acany Orła szykuje się dużo znaczących starć. Znaczących nie tylko dla zespołów, które do nich podejdą, ale także dla reszty ligowej stawki.

Dokonać niemożliwego

16. kolejkę rozpoczniemy od prawdziwego hitu. Na parkiecie w Chorzowie zmierzy się ze sobą miejscowy Clearex oraz Rekord Bielsko-Biała, czyli wicelider oraz lider Futsal Ekstraklasy. Dla chorzowian będzie to ogromna szansa. Szansa na przedłużenie nadziei. Bowiem tak jak zwycięstwo z Rekordem jest w ich zasięgu, tak już zrzucenie go z mistrzowskiego tronu niemalże niemożliwe. Aby jednak szansa na to się zwiększyła potrzebne jest zwycięstwo. W innym razie Rekord będzie mógł zacząć powoli rozglądać się za szampanami na mistrzowską fetę.

Podział w Katowicach

W kolejnym spotkaniu dojdzie do starcia AZS-u UŚ Katowice z Piatem Gliwice. Obecnie oba zespoły sąsiadują ze sobą w tabeli, ale po tym meczu różnica między nimi może wynosić nawet sześć punktów. Do tego potrzebne jest jednak zwycięstwo gospodarzy. Wygrana katowiczan byłaby dla nich nie tylko zachowaniem kontaktu z ligowym podium, ale także dałaby możliwość do realnego podziału tabeli na dwie połówki – jedną walczącą o podium oraz drugą bijącą się o utrzymanie.

Czy to już ten czas?

W niedzielny wieczór może z kolei dojść do nieoficjalnego pożegnania Gwiazdy Ruda Śląska oraz Red Devils Chojnice. Sytuacja punktowa obu drużyn jest dramatyczna i każda kolejna porażka może być dla nich gwoździem do trumny. W tym wypadku wszystko zależy od spotkania w Chojnicach, gdzie Czerwone Diabły podejmą MOKS Białystok. Gracze z Podlasia znajdują się minimalnie nad kreską, ale ich wygrana może dać im spory oddech powietrza. Dla Red Devils oraz Gwiazdy (jeśli przegra z Acaną Orłem) oznaczałoby to jednak stratę minimum (!) siedmiu punktów do bezpiecznej strefy.

Komplet spotkań 16. kolejki:

Clearex Chorzów – Rekord Bielsko-Biała – 15 lutego, godz. 16.00,
AZS UŚ Katowice – Piast Gliwice – 15 lutego, godz. 17.00,
GSF Gliwice – Constract Lubawa – 15 lutego, godz. 18.00,
FC KJ Toruń – Red Dragons Pniewy – 15 lutego, godz. 18.00,
Gatta Zduńska Wola – Malepszy Futsal Leszno – 15 lutego, godz. 18.00,
Acana Orzeł Jelcz-Laskowice – Gwiazda Ruda Śląska – 16 lutego, godz. 18.00,
Red Devils Chojnice – MOKS Białystok – 16 lutego, godz. 18.00.

Po ponad miesięcznej przerwie Acana Orzeł wraca do własnej hali. Ich rywalem w Jelczu-Laskowicach będzie czerwona latarnia Futsal Ekstraklasy – Gwiazda Ruda Śląska.

Po dwóch meczach z Rekordem Bielsko-Biała zawodnicy Jesusa Lopeza podejmą nieco mniej wymagającego rywala. Gwiazda Ruda Śląska zajmuje obecnie ostatnie miejsce w ligowej tabeli, przez co każde kolejne spotkanie jest dla niej jak finał. Czego zatem możemy spodziewać się w niedzielny wieczór?

W przerwie świątecznej z powodu problemów finansowych Gwiazda musiała przejść metamorfozę. Z klubu odeszli m.in. Mateusz Mrowiec, Kamil Kmiecik oraz Paweł Barański, którzy dla beniaminka Futsal Ekstraklasy zdobyli w sumie szesnaście bramek.

Wyjęcie kręgosłupa zespołu poskutkowało dwoma porażkami w rundzie rewanżowej oraz odpadnięciem z puchar Polski z I-ligowym AZS-em UMCS Lublin. Szczególnie bolesna musiała być przegrana z Red Devils Chojnice (3:10), czyli bezpośrednim rywalem do utrzymania.

Pocieszeniem dla zespołu Bartłomieja Nogi może być to, że jadą do jednej z dwóch drużyn, z którą udało im się wygrać. Co ciekawe drugą z nich była Gatta Zduńska Wola. I tak jak wtedy Gwiazda wygrała przekonująco, bo aż 7:3, tak z Acaną Orłem było to już nie do końca zwycięstwo wynikające ze znacznej przewagi beniaminka.

Orły niemalże nie schodziły w tamtym spotkaniu z połowy gospodarzy. Zabrakło im jednak skuteczności i może trochę szczęścia. Bo trudno tu mówić o braku pecha, kiedy w jednym meczu nie wykorzystuje się przedłużonego rzutu karnego, dostaje się czerwoną kartkę i ostatecznie przegrywa się 0:1.

I tak jak wtedy taka porażka mogła się zdarzyć, ponieważ zespół Jesusa Lopeza wciąż się zgrywał, a część zawodników wracała po kontuzji, tak teraz jakakolwiek starta punktów wydaje się być mało prawdopodobna. Gwiazda oczywiście przyjedzie bardzo zmotywowana, aby zdobyć komplet oczek, ale w Jelczu-Laskowicach nie jest o to tak łatwo. Ostatniej porażki przed własną publicznością Orły doznały jeszcze w 2. kolejce, kiedy to ich rywalem byli bielscy Rekordziści.

Trzy punkty wydają się być zatem obowiązkiem dla jelczan. Taki rezultat dałby im nie tylko udany rewanż za porażkę z Rudy Śląskiej, ale także pozwoliłby zachować kontakt z ligową czołówką.

Początek spotkania już w najbliższą niedzielę – 16 lutego o godzinie 18.00. Wejście na mecz jest darmowe, co nie znaczy jednak, że kibice nie będą mogli wykazać się swoim wsparciem. W trakcie spotkania odbędzie się bowiem zbiórka na rzecz walczącej o życie Tosi Wiśniewskiej.

Acana Orzeł Jelcz-Laskowice kończy przygodę z pucharem Polski. Jelczanie zatrzymali się na obrońcy trofeum – Rekordzie Bielsko-Biała, który wygrał z nimi 4:2.

Po takim spotkaniu, jak to rozegrane w Bielsku-Białej trudno jest nie wstać i nie bić braw. Było w nim wszystko – bramki, emocje, dramaturgia, ale przede wszystkim to, co w sporcie najważniejsze – walka do samego końca.

W zaledwie trzy tygodnie Orły poczyniły ogromny postęp, co gołym okiem było widać na parkiecie. Do tak dobrej gry przyczynił się oczywiście także powrót Maksyma Pautiaka oraz Arkadiusza Szypczyńskiego. Pierwszy z nich pauzował bowiem poprzednio za żółte kartki, a drugi zmagał się z urazem.

Już od pierwszego gwizdka sędziego widać było, że oba mecze będzie sporo różnić. Orły nie dały się zepchnąć do całkowitej defensywy, a wręcz przeciwnie – niejednokrotnie potrafiły to zrobić z Rekordem.

Wynik otworzyli jednak gospodarze. Po stałym fragmencie gry piłkę z prawej strony, na dalszy słupek uderzył Artur Popławski nie dając szans na interwencję Maciejowi Foltynowi. Odrobić straty próbował m.in. Szypczyński, ale w sytuacji sam na sam górą okazał się być Bartłomiej Nawrat.

Po zmianie stron pewnym było, że Orły będą musiały zaatakować, co w starciu z Rekordem nie zawsze może przynieść pożądane korzyści. W tym przypadku było jednak inaczej. Bramki Kacpra Kędry oraz Arkadiusza Szypczyńskiego dały zespołowi Jesusa Lopeza prowadzenie, co zaskoczyło nawet samych Rekordzistów.

Taki stan ostatecznie długo się nie utrzymał. Szybka odpowiedź Oleksandra Bondara sprawiła, że do 38. minuty utrzymywał się remis. Wtedy jednak ponownie dobrze rozegrany stały fragment gry i druga bramka Bondara dała prowadzenie gospodarzom.

Na 33 sekundy przed końcem piłkę meczową na nodze miał Szypczyński. Na jego nieszczęście Nawrat nie dał się pokonać. Golkiper bielszczan odbił piłkę, która momentalnie trafiła do Jana Janovsky’ego, a ten bez chwili zastanowienia skierował ją do pustej bramki.

Porażka 2:4 oznaczała pożegnanie się Orłów z pucharem Polski, ale ich dobra gra może napawać ogromnym optymizmem, który już teraz widać w komentarzach fanów Jesusa Lopeza i spółki.

Rekord Bielsko-Biała – Acana Orzeł Jelcz-Laskowice 4:2 (1:0)
Popławski 11′, Bondar 30′, 38′, Janovsky 40′ – Kędra 25′, Szypczyński 28′

Rekord: Nawrat (Burzej) – Popławski, Kubik, Budniak, Marek – Gąsior, Bondar, Alex Viana, Korpela, Janovsky, Biel, Iwanek.

Acana Orzeł: Foltyn (Charrier) – Morozov, Kędra, Pautiak, Szypczyński – Pastars, Henrique, Firańczyk, Turkowyd.

Po udanej dla biało-czerwonych przerwie reprezentacyjnej czas wrócić do klubowej rzeczywistości. Zanim jednak Acana Orzeł wróci na parkiety Futsal Ekstraklasy, czekać go będzie jeszcze starcie w Pucharze Polski. Tam na jelczan czeka już Rekord Bielsko-Biała.

Gdyby powiedzieć, że Acana Orzeł Jelcz-Laskowice oraz Rekord Bielsko-Biała są na siebie skazani, to tak jakby nie powiedzieć nic. Do maksymalnie możliwej liczby spotkań między sobą brakuje im tak naprawdę tylko jednego – w Superpucharze Polski. I wcale nie jest powiedziane, że do takiego spotkania nie dojdzie.

Pierwszy warunek jest już niemalże spełniony. Rozpędzeni niczym Liverpool w lidze angielskiej Rekordziści pewnie zmierzają po kolejny tytuł mistrza Polski. O spełnienie drugiego będzie nieco trudniej, co nie znaczy, że nie jest on do wykonania. Orzeł musi tylko przejść pięć najbliższych rund pucharu Polski. Jako pierwszy na przeszkodzie stanie nie kto inny jak Rekord Bielsko-Biała.

Faworytem będą oczywiście gospodarze z Bielska-Białej i trudno się temu dziwić, kiedy w tym sezonie przegrali zaledwie jedno spotkanie. Motywacja Orłów jest jednak bardzo duża, bowiem jelczanie będą chcieli zmazać plamę po ostatnim spotkaniu, w którym ulegli dosyć pechowo 0:6.

Wszyscy gracze są w stu procentach gotowi do gry. W przypadku takiej grupy zawodników jak nasza, gdzie głównym zadaniem jest gra w futsal, trudno jest przystąpić do jedynie czterech oficjalnych spotkań w ciągu dwóch miesięcy. W trakcie przerwy reprezentacyjnej Janis Pastars i Gustavo Henrique przebywali na zgrupowaniach, a reszta zawodników pracowała nad poprawą swojej fizyczności – mówi Jesus Lopez.

Szkoleniowiec Orłów zaznacza także, że rozegranie dwóch meczów z rzędu z tym samym rywalem nie jest wcale czymś nadzwyczajnym.

– Ponowne zmierzenie się z tym samym przeciwnikiem jest czymś niezwykłym w Polsce, ale normalnym w najsilniejszych ligach na świecie, gdzie rozgrywane są play-offy. My przygotowywaliśmy się do tego spotkania tak jak do meczu rewanżowego. Jeśli spojrzymy tylko na wynik, to można powiedzieć, że nasze ostatnie spotkanie było jednostronne. Moim zdaniem jednak do 30. minuty rywalizowaliśmy jak równy z równym. Nie martwię się o motywację moich zawodników przed meczem. Czy jest w końcu coś bardziej motywującego niż gra przeciwko Rekordowi? Dla mnie nie, przynajmniej w tym tygodniu.

Początek spotkania już jutro – w sobotę o godzinie 18.00.

Acana Orzeł Jelcz-Laskowice uległ na wyjeździe Rekordowi Bielsko-Biała 0:6. Aktualni mistrzowie Polski o swoim zwycięstwie przesądzili w drugiej części spotkania.

Przed rozpoczęciem spotkania faworytem, co nie może dziwić, byli zawodnicy Rekordu. Dodatkowo Acana Orzeł do Bielska-Biała przyjechał w nieco okrojonym składzie. W zespole nie było już Sergio Solano, Ixemada Gonzaleza oraz Ivana Marquiny, którzy zimą wrócili do Hiszpanii. Poza tym z powodu nadmiaru żółtych kartek na boisku nie mógł pojawić się Maksym Pautiak, a i Arkadiusz Szypczyński zmagał się wciąż z urazem.

Od pierwszego gwizdka sędziego stroną dominującą byli zatem Rekordziści. Orły grały jednak bardzo konsekwentnie w defensywie i nie dawały się wciągać na połowę rywala. Na ich nieszczęście pierwsza bramka padła dosyć szybko, bo już w 4. minucie. Wtedy to lewym skrzydłem, na przebój poszedł Artur Popławski i silnym strzałem, czubkiem buta pokonał Macieja Foltyna.

Dwie okazje do wyrównania miał Janis Pastars, ale obie były nieskuteczne. Za pierwszym razem Łotysz wypuścił sobie zbyt daleko piłkę i strzał z bliskiej odległości wybronił Nawrat. W drugiej sytuacji futsalówka z kolei nieco zeszła z nogi gracza Acany i uderzenie przeleciało wysoko nad bramką.

Mimo tego obraz gry się zbytnio nie zmienił. Orzeł próbował kilkukrotnie utrzymać się przy piłce, ale to Rekordziści byli o wiele bliżej kolejnego trafienia. W wyjątkowo dobrej dyspozycji był jednak Foltyn, który w pierwszej połowie mógł sobie tylko nabijać kolejne procenty do statystyk obronionych strzałów.

Na niecałą minutę przed zejściem do szatni, Nawrata próbował zaskoczyć jeszcze Marcin Firańczyk, ale jego próba również okazała się niecelna. Zemściło się to w dosłownie ostatnich sekundach pierwszej odsłony, kiedy to trener gospodarzy poprosił o czas. Ruch ten okazał się być idealnym posunięciem, bowiem schemat nakreślony w przerwie przyniósł Rekordowi drugie trafienie, którego autorem był Alex Viana.

Początek drugiej odsłony mógł nieco zaskoczyć gospodarzy, ponieważ w krótkim odstępie czasu Orły mogły doprowadzić nawet do wyrównania. Zdecydowanie najlepszą okazję do złapania kontaktu miał Kacper Kędra. Po znalezieniu się w sytuacji sam na sam z bramkarzem chciał on sprytną wcinką chciał pokonać golkipera bielszczan. I wszystko zostało niemalże idealnie wykonane. Niemalże, bowiem ostatecznie zabrakło celności, aby piłka zamiast trafić w słupek, wleciała do pustej siatki.

Chwilę potem równie blisko był Arkadiusz Szypczyński, ale po dwójkowej akcji z Kędrą górą okazał się być ponownie Nawrat. Swoich sił próbował także Mykola Morozov, który będąc na połowie boiska zabrał się z piłką i po minięciu defensywy Rekordu uderzył na bramkę. Jego strzał, podobnie jak wcześniejsze próby partnerów był jednak nieskuteczny.

I tak jak do tej pory szczęścia brakowało jedynie w ofensywie, tak po jakimś czasie zaczęło go także brakować w obronie. Najpierw dwa błędy w rozegraniu zostały momentalnie wykorzystane przez Jana Janovsky’ego i Janiego Korpelę.

Kolejne dwa gole Rekordu to z kolei bramka samobójcza Mykoli Morozova oraz trafienie Viany. Jeśli coś miałoby usprawiedliwiać graczy Jesusa Lopeza przy tych golach, to gra bez bramkarza. Na taki wariant zdecydował się bowiem trener jelczan.

Oczywiście takie posunięcie nie jest również jego winą. Szkoleniowiec chciał dać w ten sposób nieco odpocząć swoim zawodnikom, aby dzięki grze w przewadze i kilkominutowej wymianie podań mogli nabrać sił na końcówkę. W przeciwnym razie mogliby być oni skazani na bieganie za zawodnikami Rekordu i być może stratę jeszcze większej liczby bramek.

Ostatecznie spotkanie zakończyło się zwycięstwem gospodarzy 6:0. Dla Orłów była to pierwsza porażka od 28 września, przez co ich seria meczów bez porażki zakończyła się na liczbie jedenaście.

Okazję do rewanżu jelczanie będą mieli już w najbliższym spotkaniu. 8 lub 9 lutego dojdzie bowiem do starcia obu zespołów w 1/16 pucharu Polski. Mecz ten także odbędzie się w Bielsku-Białej.

Rekord Bielsko-Biała – Acana Orzeł Jelcz-Laskowice 6:0 (2:0)
Popławski 4′, Alex Viana 20′, 40′, Janovsky 30′, Korpela 30′, Morozov 38′ s.

Rekord: Nawrat (Burzej, Iwanek) – Janovsky, Bondar, Alex Viana, Korpela, Popławski, Kubik, Budniak, Marek, Surmiak, Biel, Gąsior.

Acana Orzeł: Foltyn (Charrier) – Henrique, Pastars, Morozov, Firańczyk – Lopez, Makowski, Kędra, Turkowyd, Szypczyński.

Przed Acaną Orłem najprawdopodobniej najtrudniejszy wyjazd w tym sezonie. Gracze Jesusa Lopeza udadzą się bowiem do niezdobytej jeszcze w tym sezonie twierdzy Rekordu Bielsko-Biała.

Jedenaście spotkań. Tyle aktualnie wynosi seria meczów bez porażki w wykonaniu zawodników Acany Orła. O jej podtrzymanie będzie jednak bardzo trudno, ponieważ tym razem jelczanom przyjdzie zmierzyć się aktualnym mistrzem Polski – Rekordem Bielsko-Biała.

Rekordziści, co wcale nie jest niespodzianką radzą sobie w tym sezonie bardzo dobrze. Stracili punkty w zaledwie dwóch spotkaniach, raz ulegając AZS UŚ Katowice 3:5 oraz remisując z FC KJ Toruń 3:3.

Ich ogromnym atutem jest także siła rażenia, jaką mają do zaoferowania w ofensywie. W sumie zdobyli już 84 bramki, co daje średnią sześciu goli na mecz. Jakby tego było mało to większość z nich – 53 zdobyli u siebie.

Orły nie stoją jednak na straconej pozycji. W końcu ten kto oglądał ostatni mecz obu drużyn pamięta, że niewiele brakowało, aby jelczanie osiągnęli swoje pierwsze zwycięstwo w historii starć z Rekordzistami.

Dodatkowo gracze Jesusa Lopeza wciąż dysponują najlepszą defensywą w lidze. Co ciekawe będzie to zresztą spotkanie obu najlepszych formacji obronnych w Futsal Ekstraklasie. Kibice tym bardziej mogą spodziewać się zaciętego meczu, ponieważ Orły na wyjazdach tracą średnio zaledwie jedną bramkę na mecz. Z kolei bielszczanie u siebie wyciągają piłkę z siatki średnio 1,28 razy na spotkania.

– Okazja do zagrania z mistrzem Polski zawsze dodatkowo motywuje. Osobiście lubię grać w Bielsku-Białej. Zawsze panuje tam prawdziwie profesjonalna atmosfera, której nie ma nigdzie indziej w Polsce. Niestety aktualnie nie jesteśmy w najlepszym momencie jako zespół. Odeszło od nas niedawno trzech zawodników, co wpłynęło na metody przeprowadzania treningów. Ponadto Arek Szypczyński jest nadal kontuzjowany, a Maks Pautiak nie będzie mógł zagrać z powodu nadmiaru żółtych kartek.
Wszystkie te szczegóły są ważne, ale mimo to wiemy, co musimy zrobić, aby w Bielsku-Białej zagrać dobry mecz. Rekord to bardzo dobra drużyna, ze szczególnie dobrymi graczami w ofensywie. Jeśli zagramy odpowiedzialnie w obronie i nie stracimy bramek, to na koniec spotkania rzeczywiście możemy uzyskać korzystny wynik
– mówi Jesus Lopez, trener Acany Orła.

Kazimierz Górski mawiał, że chodzi o to, aby strzelić jedną bramkę więcej od przeciwnika. Patrząc na tę rywalizację będzie chodzić raczej o to, aby stracić jedną bramkę mniej od przeciwnika, bo szyki obronne obu zespołów są wyjątkowo mocne.

Początek spotkania już jutro – w piątek, 17 stycznia o godz. 19.00. Dla osób nie mogących pojechać tego dnia do Bielska-Białej przewidziana została transmisja na kanale Sportklub.

Acana Orzeł Jelcz-Laskowice zremisował z GSF-em Gliwice 3:3. Bramki dla jelczan zdobywali Marcin Firańczyk oraz Gustavo Henrique. Pierwszy z nich mógł także przesądzić o ostatecznym wyniku, ale w końcówce spotkania nie wykorzystał przedłużonego rzutu karnego.

Przed pierwszym spotkaniem w tym roku najbardziej prawdopodobne było jedno – Acana Orzeł nie zremisuje z GSF-em Gliwice 0:0. Takim wynikiem zakończył się bowiem ostatni mecz między tymi drużynami i już wtedy było to dość sporym zaskoczeniem. Oczywiście nie dlatego, że któraś ze stron była zdecydowanym faworytem, a ta druga jej się mocno postawiła. Po prostu takie wyniki w futsalu są bardzo sporadyczne.

Z tego też powodu w Jelczu-Laskowicach z pewnością można było spodziewać się bramek. Ich liczbę było jednak bardzo trudno określić. Dlaczego? Ponieważ GSF na wyjazdach strzela średnio cztery bramki na mecz. Z drugiej strony stały jednak Orły – najlepsza defensywa w lidze. Patrząc na statystki kibice powinni byli uzbroić się także w cierpliwość. Jelczanie przed tym meczem tracili bowiem średnio w pierwszych połowach zaledwie 0.15 bramki, a o losach spotkania przeważali najczęściej po zmianie stron.

Powyższe wyliczenia można było jednak szybko wyrzucić do kosza, ponieważ już w 3. minucie wynik spotkania otworzył Marcin Firańczyk. Tym razem jednak gospodarze postarali się o emocje od pierwszego gwizdka sędziego. Już w 3. minucie dobre podanie od Janisa Pastarsa dostał Marcin Firańczyk, który wykorzystał zagranie partnera i silnym strzałem po ziemi otworzył wynik spotkania.

Blisko podwyższenia rezultatu był Mykola Morozov, ale jego piekielnie silne uderzenie intuicyjnie zbił na rzut rożny golkiper gości. Po drugiej stronie tyle szczęścia nie miał już jednak Maciej Foltyn. Po strzale jednego z gliwiczan piłka odbiła się rykoszetem do Mateusza Szyszki, a ten, co zszokowało wszystkich na trybunach zdecydował się na wykonanie przewrotki. Decyzja ta okazała się być fenomenalną dla przyjezdnych, którzy tym samym doprowadzili do remisu.

Gracze Jesusa Lopeza odzyskali prowadzenie dopiero po zmianie stron. I tak jak w Gliwicach w meczu z Piastem, tak i teraz na listę strzelców wpisał się Gustavo Henrique. Brazylijczyk z austriackim paszportem swojego czwartego gola zdobył nawet w podobny sposób – po dograniu za pole karne ze stałego fragmentu gry.

Niewiele brakowało, a mielibyśmy powtórkę scenariusza z pierwszej części spotkania, ale piłka po strzale Michała Rabieja obiła lewy słupek bramki Foltyna. Niewykorzystana sytuacja gości zemściła się na nich w 27. minucie. Fantastyczne, otwierające podanie otrzymał Henrique, który mądrze wyczekał, a następnie zagrał do nadchodzącego Firańczyka. Ten odwdzięczył mu się swoją drugą bramką w tym spotkaniu oraz czwartą w całym sezonie.

Henrique był bliski także asysty przy bramce Maksyma Pautiaka, ale Ukrainiec minimalnie się pomylił i piłka po jego strzale obiła zaledwie słupek bramki rywala. Po drugiej stronie boiska dobrze zachował się z kolei Wojciech Kędziora, który ładnie zastawił się z futsalówką i silnym strzałem, czubkiem buta zdobył bramkę kontaktową dla gliwiczan.

Na tym jednak były napastnik m.in. Zagłębia Lubin oraz Ruchu Chorzów nie poprzestał. Na cztery minuty przed końcem doprowadził bowiem do remisu i na tablicy świetlnej widniał wynik 3:3.

Decydującą piłkę na nodze mieli ostatecznie gospodarze, a konkretnie Firańczyk. Po dość niezrozumiałej decyzji sędziego, Orły otrzymały przedłużony rzut karny. Zawodnik jelczan nie zdołał jednak umieścić piłki w siatce i przestrzelił obok bramki.

Końcowa syrena oznaczała zatem podział punktów oraz podtrzymanie serii meczów bez porażki w wykonaniu Acany Orła, która osiągnęła rozmiar 11 spotkań.

Acana Orzeł Jelcz-Laskowice – GSF Gliwice 3:3 (1:1)
Marcin Firańczyk 3′, 27′, Gustavo Henrique 24′ – Mateusz Szyszko 13′, Wojciech Kędziora 32′, 36′.

Acana Orzeł: Foltyn (Charrier) – Pastars, Morozov, Firańczyk, Pautiak – Henrique, Makowski, Kędra, Turkowyd, Szypczyński.

GSF Gliwice: Bogdziewicz (Barteczka) – Lutecki, Czech, Pasierb, Wilk – Mirga, Gładczak, Węgiel, Kędziora, Rabiej, Sitko, Szyszko, Cichy.

Orły Jesusa Lopeza wracają do gry! Rywalem jelczan będzie tym razem GSF Gliwice. Dziesiąta drużyna Futsal Ekstraklasy nie przyjeżdża jednak do Jelcza-Laskowic jak na ścięcie. Zawodnicy prowadzeni przez selekcjonera Błażeja Korczyńskiego, podobnie jak na otwarcie sezonu, nie będą mieli zamiaru odstawiać nogi.

Od ostatniego spotkania Acany Orła minęły już niemalże trzy tygodnie. Mecz kończący pierwszą rundę sezonu 2019/20 zakończył się remisem 1:1. I tak jak wtedy rywalem jelczan byli zawodnicy Piasta Gliwice, tak teraz drużynie Jesusa Lopeza ponownie przyjdzie się zmierzyć z gliwiczanami. Wyjątkiem będzie jednak to, że nie będzie to już zespół Piasta, a jego lokalny rywal GSF.

Gracze prowadzeni przez Błażeja Korczyńskiego zapowiadali się początkowo na rewelację rozgrywek. Po bezbramkowym remisie z Orłami, wygrali dwa kolejne spotkania, co na tamten moment dawało im wysokie 4. miejsce w tabeli.

Następne dwa miesiące to już jednak pasmo nieszczęść w wykonaniu gliwiczan. Brak jakiejkolwiek zdobyczy punktowej w siedmiu spotkaniach spowodował spadek do strefy czerwonych latarni, co mogło wydawać się nawet lekko niesprawiedliwe. Trudno bowiem powiedzieć, że GSF nie chciał grać w futsal, kiedy większość spotkań przegrywał jedną bramką.

Na szczęście kibiców ze Śląska moneta w końcu odwróciła się na ich korzyść. Trzy spotkania i siedem punktów zdobytych w starciach m.in. z Gattą Zduńska Wola oraz FC KJ Toruń mogło zaimponować.

Skuteczna końcówka pozwoliła GSF-owi odetchnąć z ulgą. Gliwiczanie awansowali na 10. pozycję i obecnie nad strefą spadkową wydają się mieć bezpieczną przewagę sześciu oczek.

To na co z pewnością trzeba zwrócić uwagę przed starciem z GSF-em, to koncentracja od pierwszego gwizdka sędziego. Goście zdobywają bowiem większość bramek w pierwszych połowach, a też i na wyjazdach gra ofensywna idzie im nieco lepiej niż u siebie. Gliwiczanie w delegacji zdobywają średnio 3,83 bramki na mecz.

Na korzyść Orłów przemawia przede wszystkim skuteczniejsza defensywa. We wspomnianych pierwszych połowach, jelczanie tracą średnio jedyne 0,15 bramki na mecz. Dodatkowo do tej pory w Jelczu-Laskowicach więcej niż trzy bramki strzelił jedynie Rekord Bielsko-Biała.

Zdecydowanym faworytem spotkania jest zatem zespół Acany Orła. Dominację w statystykach trzeba będzie jednak jeszcze potwierdzić na parkiecie. Początek spotkania już jutro – 11 grudnia o godzinie. 18.00. Bilety w cenie pięciu oraz piętnastu złotych można nabywać w Centrum Sportu i Rekreacji Jelcz-Laskowice.